Kamilowski Menu

Permalink:

„Captain America Civil war”. Czy warto?

Captain America Civil war

Wczoraj po pracy z jagodzianką, pasztecikiem z kapustą, cytrynową wodą mineralną oraz młodszym rodzeństwem wybrałem się do kina na Captain America Civil War. Bez dubbingu, bez 3D, ale z dużą nadzieją, że nie powtórzy się historia z Supermana i Batmana, czyli że będę się śmiał z głupoty scenarzystów i efektów specjalnych, które dają po oczach. Po pół godziny reklam wreszcie się doczekałem, a po kolejnych 20 minutach myślałem, że mnie trafi… bo kobieta siedząca nieopodal zaczęła się krztusić kaszlem (i liczyłem, że kaszel wygra), a potem notorycznie smarkała w rękaw, by w między czasie porozmawiać przez telefon. Zdeptać to mało…

„Captain America Civil war”

Już po trailerach wiedziałem, że należę do #teamcap. Nie lubię, gdy rozsądnym ludziom narzuca się kajdany na nogi, ręce, a co najważniejsze wolę i chęć działania. Nie przepadam za kontrolą, gdyż nigdy nie wiadomo kto będzie kontrolował tych co kontrolują. I taka mała dygresja. Ponoć w naszym kraju około 70% prokuratorów z prokuratur okręgowych (i wyżej) zajmuje się działaniami kontrolnymi, czyli nie tym do czego zostali przez tyle lat przygotowywani. Ich działalność na chwilę obecną pozbawiona jest jakiejkolwiek odpowiedzialności. Łatwo, lekko, przyjemnie i 30 cm ponad chodnikami. No nic, wracam. Dlatego też, gdyby ktokolwiek zaczął kontrolować Avangersów to oglądalibyśmy nudne widowisko, gdzie energia ma opóźniony zapłon. Nie o to tutaj chodzi, czyli musi być #teamcap!

Umówmy się, nowy Kapitan nie jest filmem zabawnym jak „Strażnicy Galaktyki” ani „Ant-man”, a raczej bardzo przemyślaną kontynuacją „Zimowego żołnierza” + „Czasu Ultrona”. Motywów humorystycznych jednak nie brakuje, ale nie odpowiada za nie Ironman, który błyszczał wcześniej ironią, a nowy nabytek Marvela, czyli Spiderman i wcześniej wspominany przeze mnie „Antman”. Motyw pomniejszającego się i powiększającego człowieka mrówki jest dla mnie bezbłędny, a głupkowatość i błazenada Paula Rudda bardzo przypada mi do gustu i z niecierpliwością czekam na jego kolejne przygody.

Fabuła/logika/przewidywalność. Nie ukrywajmy nie jest to klasa światowa, ale po filmach rozrywkowych nie oczekujmy wielce zaskakujących twistów i sytuacji mrożących krew w żyłach. Z resztą „Gra o tron” pod względem budowania napięcia zdecydowanie mi wystarczy. W dziele braci Russo osią fabuły jest konflikt pomiędzy bohaterami, którzy chcą kontroli władz na Avangersami i regulowanie ich działalności z tymi, którzy szybkość decyzji i odpowiedzialność działań wolą wziąć na swoje barki. Motywacje tłumaczone są w lepszy i gorszy sposób, ale są co najważniejsze wiarygodnie i ten fakt sprawiał, że w ciągu ponad dwugodzinnego seansu nie towarzyszyło mi poczucie zażenowania. Oglądając „Kapitana Amerykę” czekałem na dobrą rozrywkę i to dostałem. Czułem się usatysfakcjonowany pod względem tego co widzę i słyszę. Dialogi jak zawsze przyzwoite i nie kłuły po uszach, a efekty specjalne jeszcze lepsze. Pościg za Buckym jest klasą samą w sobie, a zwłaszcza motyw z przejęciem motocykla.

Po obejrzeniu zapowiedzi obawiałem się ilości bohaterów na metr kwadratowy, ale jest to tak naprawdę kino trzech herosów, a pozostali mają role mniej i bardziej marginalne. Zdziwiło mnie trochę podejście do głównego antagonisty, czyli Barona Zemo, ale liczę, iż jest to zaledwie wprowadzenie jego postaci do kinowego uniwersum MCU.

Czy warto?

Moim zdaniem jak najbardziej, gdyż jest to bardzo wciągające kino z genialną oprawą graficzną. Wisienką na torcie jest na pewno potyczka podzielonych Avangersów na płycie lotniska. Nie myśl za dużo tylko śmigaj do kina!

I na koniec reklama mojego ulubionego sklepu z koszulkami za którą niestety nikt mi nie zapłacił, a szkoda:/ Dzięki nim będę dumnie reprezentował kapitana na mieście;) Kliknij w obrazek, aby dowiedzieć się więcej:)

othertees

Inline
Inline