Kamilowski Menu

Permalink:

„Droga królów”, czyli dobra powieść fantasy

dobra książka fantasy

Dobra powieść fantasy jestem niczym Yeti. Każdy mówi, że istnieje, ale rzadko kto widział. „Droga królów” Brandona Sandersona to książka na którą czekałem od dawna. Pomimo, że wydana w Polsce w 2014 to dopiero teraz trafiła w moje ręce i co ja mogę napisać? Dawno nie czytałem czegoś tak wyjątkowego i fantastycznego.

„Opowieść nie żyje, dopóki nie zostanie przez kogoś wyobrażona”

20 lat temu udałem się do biblioteki, by wypożyczyć pierwszy tom „Władcy Pierścieni”. Było grubo. Ilość stron mnie przerażała, ale koledzy mówili mi, że będę zadowolony. Nie kłamali. Kilka dni później szedłem wypożyczyć kolejny tom, a potem kolejny. Byłem zachwycony arcydziełem Tolkiena. Wiele czasu minęło, kiedy z tak wielkimi emocjami czekałem co spotka głównych bohaterów, na kolejnych kartach powieści. Taką dozę wrażeń dostarczyła mi seria „Pieśni lodu i ognia” (za wyjątkiem nudnej „Uczty wron”), a od kilku dni „Droga królów”, czyli pierwszy tom serii „Archiwum burzowego światła”. Powróciła chłopięca ekscytacja.

Początek opowieści nie zachwyca. Mając utarte ścieżki fantastyki trudno mi było zrozumieć język Sandersona. Dziwne preludium, a chwilę później prolog dotyczący Przywiązań, które mają w poważaniu wszelkie prawa grawitacji. Do tego potrzeba zrozumienia kim jest odpryskowy i co to burzowe światło. A na koniec spreny… I tak krok po kroku, od strony do strony i zostałem wessany do krainy Rosharu. Po raz pierwszy serce zadrżało, a czas się zatrzymał, w 13 rozdziale i walce z przepastną bestią.. To znaczy jeżeli jesteś osobą z gustem mojej żony to w tym momencie na pewno już zamykasz książkę i z sarkazmem mówisz „Dziękuje..”. Jeżeli jednak masz tak jak ja, to w tym momencie twoja dusza krzyczy „To jest to!”.

„Czasami nagroda nie jest warta swojej ceny. Sposób, w jaki osiągamy zwycięstwo, jest równie ważny, jak samo zwycięstwo.”

„Droga królów” to piękna historia o odwadze i honorze ze scenami tak widowiskowymi, że Jackson po raz kolejny będzie walczył o Oskara, o ile tylko zdecyduje się na zekranizowanie tej historii. Czytałem, że Sanderson planuje 10 tomów w świecie burzowego światła. Do tej pory zostały wydane dwa, a kolejny jest planowany bodajże na przyszły rok. Czyli jeżeli uznamy, że powieści będą się pojawiały co 3 lata to ostatni tom będziemy mogli przeczytać za 22 lata. Obym dożył… A później jeszcze ekranizacja… Będzie ciężko. Nie ma jednak możliwości, że jakaś stacja telewizyjna, najlepiej Netflix, lub wielkie studio filmowe nie weźmie się za ten cykl. Pan Brandon ma ogromny talent do opowiadania historii obrazami. A oprócz tego, że są one widowiskowe to w dodatku wypełnione nienachalną mądrością.

W tej powieści jest to coś co fascynuje mnie u Martina, czyli intrygi, knowania i zwroty akcji, które są trudne do przewidzenia. Pamiętam jak czytając „Nawałnice mieczy” i zbliżałem się do motywu Krwawych Godów czułem to napięcie, duszność i grozę. Te chwile oczekiwania, że za chwilę wydarzy się coś przerażającego i ohydnego. Sanderson też korzysta z tego patentu, ale pomimo wszystko jest łaskawszy dla czytelnika i chwała mu za to! Tak jakby u tego pisarza było w sercu więcej światła i serdeczności. O ile odnoszę wrażenie, że w sadze Martina wszyscy zostaną zjedzeni przez Łajtłokersów, tak Sanderson pozwoli komuś przetrwać.

Ktoś musi zacząć. Ktoś musi wystąpić naprzód i zrobić to co jest właściwe, ponieważ jest właściwe. Jeśli nikt nie zacznie, to nikt nie może podążyć za nim.

Fabuła powieści skupia się na 4 postaciach, które mają odmienić los Rosharu, świata który już niedługo stanie na krawędzi ludzkości. Niby nic wyjątkowego, ale po przeczytaniu ostatnio „Echopraksji” zdecydowanie wolę „klasyczne” opowieści o walce dobra ze złem. Najważniejsze jest jednak to, że ta fabuła posiada bardzo ważną cechę dobrych powieści fantasy, czyli pochłania bez reszty. Na poziomie językowym autor „Drogi Królów” jest znacznie wyżej ode mnie, a tym bardziej jeżeli mówimy o sposobie narracji. Jest lekko i płynnie. Czytanie dialogów to czysta przyjemność, a zwłaszcza, gdy mamy do czynienia z królewski błaznem.

Była taka scena w „Gladiatorze” z Russelem Crowe, gdy trafił na arenę i walczył z żołnierzami na rydwanach (dla przypomnienia KLIK TUTAJ – od 6:50). Scena, która nie wiadomo czemu powoduje przypływ emocji. Wprowadza w stan uniesienia. Nikomu się to nie podoba, ale ninja zaczyna kroić cebulę. Umiejętność budowania takich scen jest wyjątkowa i nie wiele osób zarówno w kręgach filmowych jak i literackich opanowało ją chociażby w przyzwoitym stopniu. Sanderson zdecydowanie się do nich zalicza co kilkukrotnie udowadnia w „Drodze królów”.

Ta powieść zachwyca. Moim zdaniem to majstersztyk, a 1000 stron to czasami za mało…

Inline
Inline