Kamilowski Menu

Permalink:

Epizody filmowe czyli żona vs. kino

Na jaki film zabrać żonę

Nie wiesz na jaki film zabrać żonę? Nie jest to problemem, gdy macie podobne gusta. Tylko co w sytuacji, gdy wasze fascynacje filmowe są na rozdrożu. Dla mnie osobiście każda podróż do kina z żoną jest niezwykłym wyzwaniem i związana jest z ogromnymi emocjami. „Czy jej się spodoba?”, „Czy będzie ziewać?”, „Czy się uśmiechnie czy wkurzy?”. I niby mógłbym się tym nie przejmować, ale szczęście mojej żony jest moim, więc posłuchaj kilku historii prosto z naszych CV.

Na jaki film zabrać żonę do kina.

(Albo i nie zabierać)

Po raz pierwszy wybraliśmy się do kina, czyli około 6 lat temu, na film pod tytułem Sherlock Holmes z Downey Jr. Nie było tak źle. Dostałem dużego plusa od żony, że w połowie seansu udałem się w poszukiwanie chusteczek dla jej zakatarzonego nosa. Nie było to łatwe o godz. 22.00, gdy śnieg pada na dworze i wszystko pozamykane wokół. Małżonki wersja mówi, że to była 17.00, film się jeszcze nie zaczął, a chusteczki załatwiłem od pani w punkcie z popcornem… prawda pewnie jest po środku, co nie zmienia faktu, że okazałem się rycerzem. I ten fakt lepiej zapamiętaliśmy niż sam film. Podczas projekcji nikt nie spał, a po zakończonym seansiie nikt nie narzekał. Nie było źle, chociaż powinien dać mi do myślenia fakt, iż przyszła żona powiedziała mi wtedy, że było głośno.. teraz już wiem co to znaczyło.

Minęło trochę czasu. Zacząłem poznawać gust mojej żony i wiedziałem, że nie jest dobrze z jego określeniem. Nasza rozbieżność filmowa niczym dwa bieguny – daleko od siebie i zimno. Pod koniec 2010 w kinach pojawiło się „Social network” Finchera. To nie był mój wybór. Zuckerberg i FB skusił małżonkę. Osobiście nie byłem przekonany, ale że Fincher talent ma to czemu nie? Fajerwerków nie było, ale Monia przespała i tak połowę filmu… Kamień z serca, że to nie była moja decyzja.

W między czasie bardzo udani „Nietykalni”. Jeżeli łzy płynę ze śmiechu i wzruszenia to na pewno było warto. To był mój wybór, więc miałem później wolną rękę i padło na „Django”. Strach, pełen obaw i wątpliwości, gdyż nie sądziłem, że brutalność Quentina może wzruszyć moje miłości. Okazało się, że zapałała wielkimi uczuciami zarówno do muzyki jak i scenariusza, a później przez tydzień słyszałem płynące z głośników’ djaaaaaango! djaaaango!’.

Poczułem się pewnie co do dokonywanych wyborów uznając, że gust mżonki został opanowany. Nic bardziej mylnego. Przyszła pora na „Skyfall”. Trochę z przypadku i trochę z ciekawości. To przez długi czas była moja największa porażka. Na dwóch frontach. Po pierwsze zupełnie mi się film nie podobał, a po drugie żona dała popis, bo jak można po zjedzeniu nachosów przespać cały film i obudzić się tylko podczas jednej ze strzelanin? Szacuneczek. Na koniec tylko usłyszałem „To było głupie..”

Mijał czas. Narodziło się nam dziecko, więc i kino nie było zbyt popularne. W tym czasie z białym ekranem nie było nam po drodze. Były jakieś filmy, ale nie odcisnęły zbyt wielkiego piętna na mojej pamięci.

2014. Wakacje. Budzi się we mnie nerd z racji pojawienia się zapowiedzi „Strażników Galaktyki”. Brat zachęca, dziewczyna brata zachęca, a ja w kropce. Po kilkunastu minutach przekonywania żona się zgodziła i idzie z nami. Z wielkim ciężarem przepuszczałem ją w drzwiach do Krewetki (czyt. nasze wspaniałe kino) czując, że będzie to największa porażka z naszych dotychczasowych wypadów. Monia jeszcze musiała mnie zapytać „A czy tam będą szczury?”. Jako gryzoniofobiczka nie znosi tego typu widoków. Od razu ją uspokoiłem, że na pewno nie, bo wszystko dzieje się w odległej galaktyce… W ciągu kilku następnych minut przeżyłem stan grozy. Jakby na złość główny bohater na jakiejś plancie w poszukiwaniu artefaktu musiał mijać jakieś szczuroskoczki. Żebyś drogi czytelniku widział minę mojej żony, to byś pakował się i wychodził z kina, bo ja byłem już na dobrej drodze. Na szczęście dobra karma po chwili wróciła i do ostatniej minuty już tylko pozytywne emocje, a me miłości powiedziało, że na takim zabawnym filmie to jeszcze nigdy nie była… czyli historia z happy endem.

I nastał dzień wczorajszy, kiedy to moc się przebudziła. „Gwiezdne wojny”! Wiedziałem, że nie będzie dobrze, ale cóż miłość nie wybiera i zaciągnąłem moją lubą do wygodnego fotela w kinie. Z racji mojego małego święta luba ubrała bluzkę w gwiazdy. Jak obiecałem były nachosy z serem, a potem głęboki sen… Ja byłem w stanie ekscytacji, a żona spała.. skąd ja to znam?… No nic. Wiem, że w przyszłe święta trzeba będzie wybrać inny film, a nie „Rogue one”. Na bank też odpuszczę „Warcrafta” w czerwcu.. dobrze, że mam brata;)

Jaki z tego wniosek? Nadal nie znam gustu żony. Jak było na początku tak i teraz. Jedynym pewniakiem są filmy kostiumowe, ale ich kina nie wpuszczają w swoje progi, a przynajmniej mi o tym nic nie wiadomo. No, ale „Nienawistnej ósemki” na pewno sobie nie odpuścimy.

A co do pytania „na jaki film zabrać żonę?” to chcę ci powiedzieć, że jest to źle zadane pytanie, gdyż powinno ono brzmieć „do jakiego kina zabrać żonę?„. A odpowiedź brzmi: do takiego jak poniżej. Repertuar nie ma wtedy znaczenia:)

002

fot. źródło

 

Inline
Inline