Kamilowski Menu

Permalink:

Dzień w którym utraciłem nieśmiertelność

nieśmiertelność

Młodość. Pojęcie, które kojarzy mi się z brawurą, chojractwem i takim typowym ‚co to nie ja’. I nawet nie chodzi o to, że mając dwadzieścia kilka lat musisz być kaskaderem, ale wiesz, że możesz nim być i nikomu nic do tego. Ja tak miałem. Nie zdobywałem ośmiotysięczników, ale wiedziałem, że gdybym chciał to nic nie stanęło by mi na przeszkodzie. I chociaż mogłem wszystko, to zrobiłem tylko kilka rzeczy ekstremalnych. By nie być gołosłownym, to stałem na przykład przed tysiącem osób i recytowałem swoje wiersze. Hardcore nie? Oczywiście, że gdybym chciał to byłoby takich kwiatków więcej, ale mi wystarczała sama świadomość tego, że nic mnie nie ogranicza. Oczywiście do czasu, czyli do dnia kiedy utraciłem moją nieśmiertelność.

Dzieci. Mali mordercy wolności dorosłego człowieka. Bestie, które swoim jestestwem leczą z egoizmu, a jednocześnie uczą czym jest niemoc. A ona objawia się w różnych formach i aspektach. Gdy rodziła się córka pojawiło się w moim życiu coś takiego jak strach, którego darzę szczerym uczuciem antypatii. Nie podciął mi jednak skrzydeł. Pomimo tego, że coś z tyłu głowy nerwowo pulsowało to nie gubiłem rezonu. Ojcostwo równa się przecież duma. I tak było też w moim przypadku. Nigdy przecież nie sądziłem, że wyrwę taką fajną pannę jak moja żona, a co dopiero przekonam ją do urodzenia mojego, własnego, zajebistego dzieciaczka. Narodziny córki, pomimo że naszpikowane lękiem uczyniły ze mnie w tamtym czasie młodego Zeusa, Tezeusza i Achillesa w jednym. Czułem się niepokonany.

I ten stan trwał półtora roku. Wystarczyło jedno zapalenie oskrzeli mojej córki, jedno stwierdzenie pani doktor, że musimy jechać do szpitala, aby cała gloria i chwała poszły 6 stóp pod ziemię. By skończył się etap mojego życia zwany nieśmiertelnością. Nie zapomnę nigdy mojej osłabionej córki na rękach żony, gdy wychodziły z pokoju diagnostycznego. Bezsilna, kwiląca i przerażająco smutna. Chwila w której przed oczami ma się jedynie czarne scenariusze i modli, by cały ten ból przeszedł na mnie. Tylko czas mógł dać ukojenie. Nie było miejsca na znieczulenie.  Myśli to bezustanne impulsy, a podświadomość to zajebisty kołowrotek. To ja…

Gdy już czarny scenariusz stawał się szarym, a szary powoli nabierał barw rozglądaliśmy się z żoną po tych pokojach szpitalnych i uświadamialiśmy co my wiemy o życiu. Na około przypadki, gdzie dla tych małych brzdąców szpital jest drugim domem. Jakie życie mają te brzdące i co musi być w głowach tych rodziców. I szczerze to chyba nie chcę wiedzieć. Utraciłem swoją nieśmiertelność, ale niech teraz mam już święty spokój. Niczym Nicholas Cage w „Mieście aniołów”, wiem jak smakuje życie, ale wolę poznawać jego orzeźwiające i rześkie smaki, tak by gorycz pozostawić na dnie koszyka. Nie wiem jednak jaki plan kreśli dla mnie „góra”..

I tak myślę, że powinniśmy być wdzięczni za tą nieśmiertelność. Doceniać ją w każdym calu i ufać, że nikt i nic nie podetnie nam nóg. A jeżeli tak już się stanie to po wyjściu na prostą cenić to jeszcze bardziej niż immunitet od bycie zwykłym śmiertelnikiem. Po prostu szanujmy nasze szczęście. A dwa. Jeżeli już los jest dla nas łaskawy, a nasze życie jest na poziomie kontent, to umiejmy wyciągnąć rękę do drugiego człowiek. Tylko tyle i aż tyle.

 

fot. źródło

Inline
Inline