Kamilowski Menu

Permalink:

Kłótnie o nic i o wszystko

anger-management

Czy kłótnia ma sens? Czy snuje się za nią jakakolwiek wartość in plus? Krążą opinie, że gdy jest szczera sprząta wszelkiego rodzaju zanieczyszczenia z serca i rozumu. Khatarsis dla duszy. Reset negatywnych emocji. Nic bardziej mylnego. Cytując Dale Carnegie „Jedyny sposób, aby zwyciężyć w kłótni, to unikać jej”. Szkody jakie niesie bywają nieodwracalne.

Mówiąc „kłótnia” mam na myśli wyraziste, aż wręcz jaskrawe artykułowanie swoich emocji, które występuje naprzemiennie między dwoma wzburzonymi postaciami. Należy przy tym dodać, iż dźwięki sięgają wtedy około 90 decybeli, czyli skala starego odkurzacza. Argumenty w kłótni potrafią trafić zarówno w punkt jak i kulą w płot. Rzeczowej dyskusji nie będę definiował, gdyż jest to oczywista oczywistość. Trzeba pamiętać, że jeżeli ktoś drze japę to zazwyczaj problem tkwi w nim, a nie jego rozmówcy. Zazwyczaj, gdyż czasami ludzie swoim imbecylizmem doprowadzają innych do szewskich pasji. Dlaczego pisze o różnicach? Czasami odnoszę wrażenie, że osoby poruszające ten problem często mieszają te pojęcia.

Ponoć poważny związek zaczyna się od pierwszej poważnej kłótni.

Rozrzucone na regale skarpety, nieumyty talerz, czy też ‚nieumyślne’ zerknięcie na pośladki koleżanki. To dobre powody, aby się pokłócić? Z całą pewnością. Niby szczegół, ale może być przyczyną wojny dzięki której uświadomisz sobie jak kochasz tą drugą osobę (zwłaszcza gdy w tle słuchasz „Za późno”). Brudne skarpety – Kayah – miłość. Pyszna analogia. Z całą pewnością głośne i burzliwe wyrażanie swoich negatywnych emocji ma czasami funkcję twórczą i buduje podwaliny pod wspólną przyszłość stanowiąc test dla naszych uczuć. Osobiście bym jednak wolał, aby to, że jesteśmy w poważnym związku definiowała świadomość doznań i pozytywne wibracje.

Jak się kłócić w związku?

Nie masz szans jeżeli celem twojego oponenta/oponentki jest kłótnia sama w sobie (a czasami niestety i tak się zdarza – hormony, niepowodzenia, ciśnienie). Twoje zdrowie psychiczne jest tego dnia spisane na straty. Z góry wiadomo, że problem nie jest nie wart zachodu, a argumenty w stylu „Anobotak” biorą górę i nie ma co polemizować. Jak to pisze mój ulubiony autor Haruki Murakami:

„Bo Ziemia nie po to z takim trudem krąży wokół Słońca, by ludzie beztrosko się na niej bawili.”

Pomimo, że stoisz na straconej pozycji możesz próbować wyjść z całej sytuacji obronną ręką i zwyczajnie uprzedź fakty. Symuluj zły stan zdrowia, ogrom zmęczenia (i tak się się nikt nie nabierze) i postaraj się tę walkę na impulsywne sylaby przełożyć na inny termin. Następnego dnia problem najprawdopodobniej sam się rozwiąże. Ponad wszystko staraj się unikać niekontrolowanego wybuchu adrenaliny ze strony zazwyczaj sympatycznej oponentki lub oponenta.

Kompromis a konsensus.

Błędem jest szukanie kompromisu co słusznie zauważył polski myśliciel Wojciech Cejrowski. Jeżeli już się kłócisz i nie jest to pusta wymiana zdań a głośna i burzliwa dysputa na rozsądne argumenty to zwyczajnie zważ ich siłę. Dążcie razem do konsensu. Niech osoba ze słabszymi argumentami nie boi się przegrać i zwyczajnie odpuści. Czym się różni kompromis od konsensusu? W tym pierwszym przypadku zawsze przegrywają obie strony co niesie ze sobą brzemienne skutki. Przyszłość jest na tyle przewidywalna, że prędzej czy później chęć posiadania racji z nas się wykluje niczym ósmy pasażer Nostromo i tak jak on będzie siał zniszczenie. Konsensus, jak już wcześniej pisałem musi zakończyć się dekapitacją jednej ze stron. Ewentualnie przy pomyślnych wiatrach rozwiązaniem, które przyniesie satysfakcje obojgu, ale to wymaga dobrego główkowania. Better? Znacznie.

Zdecydowanie najlepszą opcją jest porozumienie bez słów wyposażonych w sztylety i nasączonych jadem. Argumenty powinny być ponad podziałami. Tylko czy  wtedy w naszym życiu nie będzie za dużo monotonii? Może faktycznie czasami musi przyjść burzowa chmura, aby orzeźwić powietrze? … Może, ale nie w moim postrzeganiu. Czasami lubię nonsensu bezsens, ale nie w tym przypadku. I ponownie przywołam pana Murakami:

„Możesz się wściekać, ile chcesz, ale nic nie poradzisz na to, na co nic nie poradzisz.”

Simple drawing of two humanoid figures having anargue over a paper texture

Simple drawing of two humanoid figures having anargue over a paper texture

fot. Vic

Kłótnia w obecności dziecka.

Małe dranie rozumieją w mig naszą polemikę podkręconą o kilka decybeli. Zrezygnuj z waśni na te kilka chwil i oszczędź mu tego. Zamknij drzwi i je wygłusz, wyślij nicponia do dziadków, poproś o zakup znaczków na poczcie. Nie zatruwaj umysłu dziecka swoimi problemami. W kłótniach zazwyczaj ukrywa się wrogość, która infekuje nasze pociechy. Potem, gdy już nie mamy na to wpływu taka zwyczajna i pozornie niegroźna infekcja mutuje się do poważnej choroby zwanej nienawiścią. Czasami nawet dlatego warto odpuścić i się zwyczajnie poddać, schować dumę, przemilczeć. Na blogu Lefti jest wpis odnośnie kłótni w małżeństwie, z którym nie mogę się zgodzić (a przynajmniej z jego częścią). Dziecko powinno być świadkiem dyskusji między rodzicami, sposobu w jaki „walczą” na argumenty, jednak gdy są podpięte pod nie negatywne emocje powinniśmy izolować się od pociech. Faktem jest, iż ciężko takich sytuacji uniknąć, ale w naszym obowiązku jest minimalizowanie strat. Tak jak Lefti pisze, kłótnia może być tutorialem dla pociechy, ale również może nieść ze sobą negatywne skutki, czego każdy mądry  rodzic chce uniknąć.  Jest taka książka „Jeszcze jeden dzień” autorstwa Mitcha Alboma i piszę on taką pewną smutną prawdę w której jest pełno goryczy:

„Wierzę też, że rodzice, jeśli cię kochają, będą cię trzymać bezpiecznie, ponad burzliwym morzem ich związku, a czasem to oznacza, że nigdy nie dowiesz się, co przeżyli, i przez to możesz traktować ich gorzej, inaczej, niż gdybyś znała prawdę.”

Zatem szukajmy konsensusu.

fot. główna: kadr z filmu „Anger management”

Inline
Inline