Kamilowski Menu

Permalink:

„Moje córki krowy” czyli oswajamy dramaty życiowe

moje córki krowy

„Moje córki krowy”. Gdy przed seansem filmu Kingi Dębskiej rozsiadałem się w kinowym fotelu, miałem przeczucie, że dowiem się czegoś o sobie. Umieranie, nawet jeśli jest tylko tematem filmu, zawsze daje do myślenia. Umieranie przedstawione bez patosu oraz ciężkiej dramaturgii ułatwia zaakceptowanie tego procesu. I taki jest właśnie dla mnie ten obraz. Bez mówienia rzeczy oczywistych i z dużą ilością przestrzeni do wypełnienia. Bez taniego moralizatorstwa.

Kinga Dębska umiejętnie w swoim filmie wykorzystuje humor, który rozładowuje budowane napięcie. A jego formy są rozmaite. Od wyrafinowanych uszczypliwości po epatowanie wulgarnością. Jest to opowieść o rozprawianiu się z tragedią w miarę pogodny sposób, tak byśmy widzieli szklankę do połowy pełną, a nie na odwrotnie. Żartobliwość w tym filmie odbieram jako próbę odciągnięcia nas od umartwiania się, podążania w mrok dramatu, a tym samym docenienie tych wszystkich chwil, które nam pozostały i mamy w obowiązku zapamiętać.

Czy tak może wyglądać prawdziwa historia? Czy tak wygląda nasz krok w ostateczność? W przypadku rzeczywistości jest to oczywiście proces znacznie dłuższy niż półtorej godziny. Jest w nim więcej bólu i czasu. Umieranie jest cholernie cierpliwe. „Moje córki krowy” w pewien sposób ukazuje moje lęki, gdyż samą śmierć można jakoś oswoić, ale to cierpienie, które jej towarzyszy to zupełnie inny wątek, który ma różne oblicza i zależy od osoby, której dotyczy. Osobiście przeraża mnie utrata pamięci i świadomości tego kim jesteśmy. Utrata kontroli nad swoim ciałem i brak samodzielności. Dębska zaś, trochę upraszcza i wygładza ten problem. Nie mam tego za złe twórcom, gdyż na tym polega właśnie oswojenie. Zbytnia surowość nie doda nikomu otuchy i nie wzruszy, a jedynie może spowodować narastanie lęków i fobii. Ten obraz można potraktować niczym szczepionkę, która ograniczy postępowanie tego co jest ostateczne.

Nie wiem czy pani reżyser ma rodzeństwo, ale daje do zrozumienia jak ważne jest wsparcie bliskiej rodziny. Pomimo walk na noże, pomimo spięć i kłótni to rodzina jest stałym punktem w naszym życiu i jej wsparcie jest nieodzowne. I może to patetycznie brzmi, ale to właśnie ona jest niczym ta przystań do której wraca się w chwili największych kryzysów i jest miejscem, gdzie może znaleźć zrozumienie i wsparcie. To chyba chcą powiedzieć twórcy filmu, a przynajmniej ja to tak odbieram.

Muszę zwrócić uwagę, a tym samym powielić liczne pozytywne opinie, odnośnie gry aktorskiej Agaty Kuleszy oraz Mariana Dziędziela. Wiarygodni i charyzmatyczni. Pomimo, że Kulesza, gra postać starającą się trzymać świat na dystans to nie ma takiej mocy sprawczej by się jej nie współczuło. To ona właśnie obrazuje, że umieranie jest tak samo tragiczne dla samego zainteresowanego jak i tych, którzy kochają i stoją obok niego. Jeżeli zaś chodzi o pana Mariana to jego rola genialnie obrazuje przemianę z człowieka inteligentnego i czynnego zawodowo w infantylnego i wulgarnego starca.

I bardzo spodobało mi się zakończenie filmu. Ten brak ostatniej myśli, tej przysłowiowej kropki na i. Widz sam sobie musi dopowiedzieć dalsze losy bohaterów i nie jest obdarty z nadziei. Widząc napisy końcowe być może nie czułem uczucia wielkiej ekscytacji i burzy emocji, ale na pewno pojawiła się satysfakcja i zadowolenie. Polecam, bo to naprawdę dobre kino.

fot. kadr z filmu

Inline
Inline