Kamilowski Menu

Permalink:

Spalone mosty, czyli rzecz o dokonywanych wyborach.

spalone mosty

Wolisz mieć rację, czy być szczęśliwy? Marzeniem człowieka jest osiągnąć oba stany jednocześnie, ale nie ma często świadomości, że pomiędzy tymi pojęciami znajduje się wielka niewidzialna ściana. Dobrze to rozumie każdy rozsądny i doświadczony facet w długim związku gdyż wie, że lepiej czasami się nie odzywać, bo jedno słowo potrafi sprawić, że milczenie będzie o wiele dłuższe niż początkowo oczekiwał. Zdarza się. A odchodząc częściowo od tematu związków, to posiadać rację i idąc z nią w zaparte przed siebie często niestety oznacza spalone mosty. A po co marnować potem czas na babranie się w zgliszczach?

Często działamy bezrefleksyjnie i pod wpływem impulsu. Gdy się wściekasz to krzyczysz, gdy gorycz depcze ci po piętach to wylewasz gorzkie żale. I zazwyczaj w takich sytuacjach nie myślimy o skutkach, o tym co będzie jutro, za tydzień czy też w przyszłym roku. A za rogiem czają się przeróżne niespodzianki. Nie wiesz czy za jakiś czas w swoim życiu nie spotkasz osób, którym wczoraj dałeś wypowiedzenie dotyczące przyjaźni, miłości czy po prostu zrezygnowałeś z pracy lub sam kogoś zwalniasz. Zamiast wrzucać emocje na pole minowe czasami lepiej jest zachować takt i klasę. Zimna krew to ciężki kawałek chleba, ale w tym przypadku kontrola uczuć moim zdaniem jest wskazana…

Tylko wtedy nikt o Tobie nie napisze cudownych peanów czy poematów, nie będziesz miał/a barwnych wątków do swojego CV ani do powieści o swoim życiu, czy po prostu ciekawych wpisów na bloga i będziesz… w odcieniach szarości? Chcesz tego?

Spalone mosty jako katharsis.

Szanuję ludzi, którzy mówią wszystko co mają na sercu i robią to z klasą i stylem. Sam jestem takim człowiekiem… no prawie, czasami bawię się w manipulację i perswazję, a po godzinach gdy wszyscy śpią zgłębiam arkana hipnozy (mój żebrador potrafi już miauczeć). Wszystko po to, aby nagiąć do swojej woli i aby rzeczywistość była zgodną z moim postrzeganie świata, a przy tym bym nie musiał doznawać sytuacji konfliktowych, gdyż za nimi nie przepadam. Być może teraz jestem mądry, bo nie dotyczą mnie sytuacje skrajne (jeszcze i na szczęście) i na swojej drodze nie spotykam charakterów o odcieniu szmatławym (albo nie potrafię ich rozpoznać), ale do tej pory nie zostawiłem za sobą spalonego mostu, wiaduktu czy też nawet kładki i całkiem dobrze mi z tym. Sądzę jednak, że wyrzyganie komuś prawdy i detonacja drogi za nami może mieć właściwości oczyszczające i pozwala na rozpoczęcie pewnych fragmentów życia na nowo. To jest chyba całkiem pokrzepiające dla psychiki.

I nie ukrywajmy człowiek nie krowa i zmienia zdanie, czyli nie ma chyba takiego mostu, którego nie da się odbudować. Ludzie chcąc nie chcąc w końcu wybaczają. Nawet te największe podłości i nikczemności, a co dopiero gdy dostaną prawdą z płaskiej w twarz. Czy warto się krępować w takich sytuacjach czy dać na wstrzymanie i być niczym Książę Machiavelliego? Czy warto kalkulować, co może się zdarzyć za tydzień lub rok czy też odciąć się danego zagadnienia raz na zawsze? To wszystko zależy od nasilenia i tego co potrafimy utrzymać na barkach naszej psychiki. Skala problemu ma przy tym diametralne znaczenie, bo nie warto przecież za byle przewinienie podkładać TNT pod filarami znajomości, a raczej założyć płaszcz obojętności i iść dziarskim krokiem przed siebie. Być niczym ta patelnia teflonowa i nie pozwolić, aby cokolwiek złego do nas przywierało.

I na koniec mam taką myśl, że każda zdrada powinna równać się pogorzeliskiem, gdyż w tym przypadku i tak mostu nie ma, a widzimy jedynie jego miraż.

fot. źródło

Inline
Inline